RSS
czwartek, 14 lipca 2011

Znowu piszę. Ja piszę. Nie pisałam bo sesja, bo przeprowadzka, bo dom, bo problemy. Żadna z nas nie napisała, żadna z nas 5. Dopiero Ja, które w każdym krytycznym momencie stawia na swoim dochodząc do głosu i przejmując kontrole postanowiło napisać.

 

Ja myśli trzeźwo, stąpa mocno po ziemi, sama nie wie czy jest pesymistką czy optymistką. Ja jest silne, może nawet ultra-feministyczne i aspołeczne. Doświadczone przez los czyli silne. Ja zawsze daje sobie rade, daje sobie rade bo jest samodzielne, samowystarczalne – albo tak twierdzi. Wie, że musi mieć władzę i nie może jej oddawać nikomu, na nikim polegać, nikomu ufać. Ja jest silne, ja chce żyć i się zemścić, przetrwać. Ja nie płacze, ja zaciska zęby i wali głową w mur aż przebija przeszkodę, depcze. Ja nie płacze, w przeciwieństwie do Amalie Blue.

 

Amalie Blue właśnie lubi swój ból, autodestrukcyjne go hołduje gdy wspomina, czuje jak on ją uszlachetnia. Sama wystawia swoją dupę, by inni ja kopali. Kocha rolę męczennika. Siedzi, płacze i pisze wiersze. Anemiczna, chaotyczna, w ciągłym wietrze, targana emocjami. Chodząca melancholia lubiąca dramaty i smutne piosenki. Zmarnowana, natchniona Gotka, której się wydaje, ze ktoś w końcu nagrodzi jej ból. Rozkoszuje się nim czując się przez to lepsza. Ale naprawdę lepsza chce być...

 

Dobra Kobieta grająca fair play, pragnąca dobra, ciepła, serdeczna, pomocna, miła, nawet skłonna uwierzyć w boga i być w stu procentach tolerancyjna, miłosierna, wszystko wybaczająca. Wesoła i otwarta, ufna jak dziecko. I tylko czasami wznosi oczy ku niebu, przygnieciona ciężarem życia, już nie chce istnieć. I nie istnieje prawie we mnie. Prawie... Istnieje za to Mabellew.


Mabellew z nadzieją, optymistka, artystka, wrażliwa na piękno, cały wczorajszy dzień mogła przyszywać kwiaty do sukienki, lubi projektować, marzy... Czasem smutna, czasem wesoła. Natura, dzieci, przyroda. Marzenia, spokój, harmonia... Sama właściwie nic nie wie, cieszą ją drobne rzeczy. Zachwyca się. Pyta, chce wiedzieć. Pyta, choć pyta też:

 

Lolie. Lolie jest inna, kocha siebie, szuka przyjemności, typowa hedonistka. Chce przyciągać spojrzenia, pławi się w nich. Szuka przygód. Uwielbia emocje, adrenalinę i męskie uwielbienie. Lolie czuje się jak Maryline Monroe na scenie i chce się ciągle rozbierać, kusić, czarować, flirtować. Jest jak dziecko, wyciąga do wszystkiego ręce, kręci się, szczebiocze, nie przejmuje niczym i goni za nową zdobyczą, innym okazem motyla.

 

A motyle są ohydne – stwierdzam Ja. Ja, która znowu jestem u władzy. Ja, gdy mi źle, bo świat mi się wywrócił do góry nogami. Ktoś mi wysypał cały śmietnik mojego świata na głowę. I teraz Ja mówi: Ja wam jeszcze pokażę. Ja jest silne – mam nadzieje, inaczej nie przeżyję kolejnego dnia. Ja bądź silne – proszę... Ja Kobieta Obywatelka Wszechświata proszę Ja – bądź silne...

 

Tagi: ja inne
17:36, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 czerwca 2011

~~~

Po upojnych paru dniach, paru nocach nieprzespanych, po paru wiekach i przepaściach, które trzeba byłoo przeskoczyć znowu piszę. Piszę bo czuję, że wiruję. Wiruję w wirjącej przestrzeni. A wsystko ma swoje wirowanie. Odbijamy się o0d siebie - my ludzie i sprawy - rzeczy. I to się zazębia. Zazębiamy się jedni o drugich, próbujemy wgryźć w sedno tymi zębami. 


Trzeba jeszcze mieć w sobie chaos, aby móc zrodzić tańczącą gwiazdę.

Fryderyk Nietzsche  

 

A tu nic w środku nie ma. Wszystko jest dostępne na zewnątrz. Ociera się prawda o prawdę. Wszystko subiektywne i ciągle w ruchu. Nie sposób uchwycić gdy wiruje, nie sposób się zbliżyć bo my wirujemy. Wyciągamy ręce. Wir pociąga nas. Chaos, chaos, chaos. Jedyna rzeczywistość, jedyne realia, jedyny świat.

 

Na początku jest chaos. A po nim - koniec.
 Władysław Grzeszczyk

 

Świat w którym światów jest cała masa. Wielowymiarowe przestrzenie gdzie wszystko na wszystko sie nakłada. I jesteśmy i nas nie ma. Wszystko tak szybko się zmienia, że się nie da powiedzieć czy to my już czy coś innego w nas. Bo my jak te matrioszki - jedna lalka w drugiej lalce. Lalka popychana i utrzymywana chaosem w ciągłym i ruchu i jednocześnie zawieszeniu.

 

Co to jest Chaos? To jest Ład, który zniszczono przy Stworzeniu Świata.

 Stanisław Jerzy Lec
 

Co ma wisieć nie utonie. I starał się człowiek uporządkować wszystko. A to sypało się w drobny mak, sypało jak domek z kart za jednym dotknięciem ręki chaosu, za jednym powiewem losu. Życie - i trzeba żyć a nie czas tracić na usystematyzowanie czegoś czego się nie da, na dojście do tego transcedentalnego prawdziwego meritum - które może być tylko mżonką.

 

Jestem kroplą białka w oceanie chaosu, który nazywamy wszechświatem. Mnie wszystko jedno.

Tadeusz Konwicki

Wszystko jest na wierzchu. Się zazębia. Ociera. Ścierają się wymiary, my się ścierami - starzy z nowymi, ci z tej minuty i ci z tej minuty, która upływa obok nas. Nieskończenie. Nieskończony chaos. Niewiedza. Bezład. Tylko kto wie czy w takim razie wogóle distnieje nicość? 

 

Wszystko było niezmienne.
A jednocześnie płynne, przesuwało się i zmieniało, a czas narzucał swoje chaotyczne reguły gry i trwał, przyglądając się temu jak kpiarski widz.


 Ulysses Moore

Ciągłe zapętlenie, zespolenie, łańcuch zdarzeń a każde ciągle trwa, nic się nie kończy. Czas nie leczy, czas nie pomaga. Czas trwa sam dla siebie. A na nas nawet  nie spojrzy. Nie ma co tego łapać, tego co się wymyka, bo to musi pozostać nieuchwytne. Taka magia chaosu. 

 

*   A na koniec wiersz z tytułu:

 

gdy chaos przez palce przecieka

wiruję

do dnia następnego 

do każdego dnia

 

jak woda co się w niej

ręce zanurza i nie toną

tak ja w nim

bezładzie

 

a sens jest

tylko w obracaniu się w koło

w nieskończoność

 

wszystkie wymiary są obok

możesz dotknąć siebie

każdą ze swoich stron  

 

 

Pozdrawiam Chaotycznie

Obywatelka Wszechświata

 

Tagi: chaos
10:29, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 maja 2011

Witam ponownie:)

 

Piszę trochę w odpowiedzi na pewien wpis na blogu, który mam w linkach oraz trochę w odpowiedzi na to co poprostu widzę dokoła.

 

Wszyscy widzimy i słyszymy, jak to wszystkim źle, smutno, nudno trudno. Jak to nic się dobrego nie dzieje, jak to wogóle to tylko umrzeć i koniec. Siedzą i kwiczą i złorzeczą i płaczą... Nigdzie nic wartościowego... Za przeproszeniem, LUDZIOM TO SIĘ W DUPACH POPRZEWRACAŁO. Poprostu. I już. Zawsze może być źle i ciężko. Zawsze może się zdarzyć, że będzie pod górkę, pod wiatr i wogóle masakra i dramat. Tyle że...

 

Kiedy jest naprawde źle to człowiek zbiera się w sobie i działa. Robi coś bo działanie w tym miejscu i tym czasie jest konieczne. Człowiek czuje tą presję, działa bo jego isntynkt przetrwania daje o sobie znać. Nie chca wylądować na dnie. Prawdziwy kłopot daje prawidzwe przeciwdziałanie. Jakiekolwiek. I człowiek szuka rozwiązania do skutku, raz mu wychodzi, raz nie, ale idzie do przodu. Im więcej obowiązków tym bardziej się motywuje. Wie, że musi coś zrobic i robi tak jak umie najlepiej.

 

A kiedy człowiek nie robi? Dobre pytanie? A kiedy się ,,załamuje''? A wtedy kiedy ma za dużo czasu i nie ma c0o z nim zrobić. Prawdziwie zajęty człowiek nie nuża się w wyimaginowanych smutkach, kompleksach, bólach istnienia. Nie wydziwia jak mu źle. Bo gdyby rzeczywiście tak było mu źle to by się ruszył i chociażby walił głową w mur by uzyskać jako taką poprawę warunków swej egzystencji. CZŁOWIEK KOCHA SIĘ NUŻAĆ W SWOIM SMUTKU WIELKIM I ŻALU TYLKO PO TO BY SIĘ WYRÓŻNIĆ. Jego jakże wielkie ,,cierpienie'' tak go wyróżnia i uszlachetnia, taką mu daje mądrość, daje mu taki niezwykły indywidualizm pewną wybitność. 

 

Taka mała prawda, każdy chce żyć, żyć lepiej niż gorzej. Tylko czasami łatwiej jest siąść i płakać, żeby wszyscy się nad nami użalali, niż żeby ludzie zaczęli nas zauważać za to co robimy naprawdę, a nie mówimy. Brak obowiązków, za dużo wolnego czasu, brak praktycznych aspektów za które jesteśmy odpowiedzialni brak rzeczy która by nas zajmowała powoduje, że szukamy dziury w całym. I taki typ dziury nic nie daje, nie jest konstruktywny. Nie jest potrzebny.

 

Nie musimy się sami unieszczęśliwiać na siłę, życie i tak nas unieszczęśliwi, inni ludzie też. Warto więc skoro mamy tych parę lat nie przewegetować ich w wielkim bólu i niewygodzie mentalnej. Na wiele rzeczy - fakt - nie mamy wpływu ale to co. Ważne żeby być zawsze na wozie a nie pod. Nie szukajmu smutku na siłę. Ja wiem, że często nie ma czym się cieszyć, ale ZAWSZE MOŻE BYĆ GORZEJ. SZANUJMY TO CO MAMY BO I TEGO MOŻEMY NIE MIEĆ.

 

I mówię to ja - pragmatyczna pesymistka, która zaczyna rozumieć stoikow. Wielkie emocje - tak to było kiedyś coś. Człowiek chciał czuć, że żyje. Szukał dziur w całym tylko po to by dostać po łapach, a ten ból wzniosły dawał mu poczucie jakże wielkiego istnienia. A teraz skoro wiem, że i tak życie kopie po dupie zamiast patetycznych uniesień szukam poprostu ŚWIĘTEGO SPOKOJU.

 

Pozdrawiam

Amalia 

sobota, 14 maja 2011

 

Piszę, pisze teraz, pisze teraz pragmatycznie.

Ostatnio, w sumie nawet parę razy, usłyszałam to trudne słowo. W stosunku do mnie. Moje nowe określenie. O nie! Jestem pragmatyczna! Zawsze mi się to kojarzyło z po prostu: przyziemna. I chyba to prawda. Zaraz się nad tym zastanowię, niech tylko sobie i innym przybliżę, czymże jest ten cały pragmatyzm :)

 Encyklopedia PWN rzecze, że rzeczony pragmatyzm to:

  1. postawa polegająca na realistycznej ocenie rzeczywistości i podejmowaniu jedynie takich działań, które gwarantują skuteczność
  2. kierunek filozoficzny uzależniający prawdziwość twierdzeń od ich praktycznych skutków

 Więc to fakt, jestem przyziemna. Tylko pytanie czy to źle? Czy to takie złe?

Nie! Pewnie, że nie.

 Ile czasu można błądzić w chmurach, myśleć o niebieskich migdałach i czekać na spełnienie się marzeń? Ile może nam dać wiara w wyimaginowane? Ile można ograniczać się do życia we własnym świecie? Ile czasu może nam się coś wydawać? Ile można samego siebie mamić czymś czego nigdy się nie będzie miało. Wszystko świetnie, jak się ma ambicje, cele, marzenia, tylko mierzmy siły na zamiary. Konfrontujmy samych siebie z rzeczywistością. Z tym co wokół nas.

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu

 Nie oszukujmy się, ani my ani to co wokół nas nie składa się z samych cudów. Trzeba nauczyć się żyć w otaczającej nas rzeczywistości. Ogarnąć się w końcu! Potem jest milej, jest znośniej, jest dobrze. Po prostu jest dobrze, nawet jak jest trudno. A raz na jakiś czas, jak się ma już czas można usiąść na kanapie i zwiedzać inne wymiary za pomocą książek, płyt z muzyką, wierszy.

 Po co wiercić się, jęczeć, narzekać, kręcić w kółko, robić coś co nie przyniesie żadnej korzyści czy materialnej czy też duchowej, nie pomoże nam w niczym, nie uszczęśliwi naprawdę? Po co tracić energię? Przecież lepiej robić coś co choć trochę się opłaci. Jeśli ma się czas to lepiej go wykorzystać z jakimś skutkiem. Nawet takie leżenie popołudniami ma skutek – bycie wypoczętym :) Trzeba wziąć życie w swoje ręce, ale nie brać go zbytnio do siebie.

 Życie, tak naprawdę składa się nie ze spełniania marzeń czy wyszukiwaniu sobie przyjemności. W głównej mierze sprowadza się do nauki, pracy, zdobywania pieniędzy i po prostu przetrwania. Jemy więc musimy kupować i gotować, a skoro tak to żyjemy i musimy wydawać, by wydać musimy najpierw mieć. Tyle. Pragmatyzm mój własny sprawia, ze to wszystko jest znośne, a nawet miłe. Wszystko ma swój cel, swoją cenę, swój skutek. Ja działam  ja zbieram.

"Trzeba rękami i nogami 

bić się o autonomię głowy"

Stanisław Jerzy Lec

 

 Nie da się żyć samą egzaltacją. Egzaltacja nie da mieszkania, jedzenia w lodówce, uprasowanych ubrań. Rozegzaltować się można jak zachód słońca nad blokami objawi się różem na niebie. Wszystko toczy się dalej. Nic na nas nie zaczeka. Egzaltacja daje nam tylko chwilowe poczucie euforii, a potem już nic, potem jest żal.

 Czasami człowiek czuje, że jest za stary na ciągły bolesny romantyczny Weltschmerz, i jeśli nie weźmie się w garść to już zupełnie nic mu nie pozostanie, i to dopiero będzie tragedia.

 I tak mam swoje życie, mam swój Pragmatyzm, kawałek białego sufitu i ścian, mam swojego Fioletowego Smoka, mamy kilo jakże studenckich parówek na tydzień i jest dobrze. Czasami tylko mi się zamarzy schabowy, ale to już inna historia ;)

Pozdrawiam, również pragmatycznie,

z nadzieją na komentarze

Amalia

Tagi: pragmatyzm
16:57, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 maja 2011

Heh...

Kolejny raz rozczarowuję się psychologią. Poza tym, że któryś z kolei już dzień jedynie siedzę, myślę i piszę. Awersja do klawiatury :D

Schematyczność staje się schematycznością do kwadratu umieszczoną w ramach nawiasu. Nawet poza nawiasem staje się swoistą ramą nawiasu wtłoczoną w formę. 

 

Forma! Forma! Forma!

Wszędzie schemat. Same szuflady, szufladki, katalogi, konspekty! Nawet różnice indywidualne wtłoczone w odpowiednie ramy schematów i norm. Wszędzie spektra normalności i dziwności. Przedziały i podziały.  

Wszystko skatalogowane, pogrupowane, powyróżniane cechy. Wszystko ułożone, zinterpretowane. Każdy dąży do zapełnienia swoich szuflad. Z jednej strony to normalne, poznając ogólne cechy i prawidłowości wytwarzamy sobie wiedzę i schematy, ale z drugiej - aż coś się w człowieku buntuje. Ileż można!

Nawet dziwność i nietypowość ma swoje normy. Takie paradoksy. Na paradoksy też są normy!Normy! Formy! Człowiekowi się już patrzeć nie chce. Myśleć też nie. Wtłaczamy innych w ramy - to normalne. ale że nawet sami się w ramy wtłaczamy, żeby się w nich mieścić, żeby się określić - to już patologia no! Czy ludzie to nie mogą poprostu żyć?

 

Żyć czy myśleć?

A i tu jest dylemat, pies pogrzebany! Żyć czy myśleć? Człowiek nie wie jak żyć i myśli, myśląc oddala się od życia i wegetuje, a robi to właśnie by wiedzieć jak żyć ale jednak w konsekwencji nie żyje wcale. To co wymyśla dalekie jest od życia takiego jakim on się wydaje żyjącym. Więc lepiej  może żyć choć się nie wie jak. Walić głową w mur, poprostu iść, nawet pod wiatr, ale być, nieporadnie, nieskladnie ale być i żyć!

Tak też zrobiłam, zaczełam żyć a myślę sporadycznie i widzę, że im dłużej się myśli tym bardziej boli. Żyć trzeba zawsze tak by się to czuło, a zwyczajne, proste życie potrafi być i piękne i ciężkie i upierdliwe. Do wszystkiego się człowiek przyzwyczaja, a nasza druga natura pozwala nam  żyć dalej,  z drobnymi codziennymi uzależnieniami. 

 

Pozdrawiam i życzę każdej kobiecie by miała takiego jak ja, umilającego życie

Fioletowego Smoka:

 ma nogi ciężkie i duże
i duży brzuch
tak że całe zło wchłonąć by mógł

a kiedy zimno
ogniem zionie i stopy zagrzeje
unosi skrzydła by mnie unieść wysoko
i mruknie

a kiedy mu źle
i łuski mu na ramionach oklapną
powali swe cielsko na zbyt małe łóżko

wtedy przysiadam
głaszczę skórę grubą
i pytam grzecznie
a księżniczkę to zjesz dzisiaj może?

 Amalia ;)

18:44, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (5) »
sobota, 23 kwietnia 2011

~

Znowu piszę a chrześcijańskie święta powoli się zbliżają. I jakoś wcale mi to nie przeszkadza. Nie pojawi się coroczna notka z pełnym buntu oskarżeniem, że te święta i tak są ściągnięte od pogan i innych religii i kultów. Teraz cieszy mnie, że te wolne chwile mogę spędzić świątecznie – czyli w świętym spokoju. Nie wrzeszczę i nie przeklinam ani na hipokrytów, ani na fanatyków. Wszystko mi jedno. Wiem kim ja jestem i to wystarczy. Ludzi nie zmienię.

Dziś nie rusza mnie już żadna wiara, żadna sekta, żaden kult. Mam już swoją wypracowaną duchowość, ateistyczną i świecka, pozbawioną nadziei ale za to opartą na specyficznej moralności, moja własna duchowość, do której doszłam po latach, przy której się już nie waham i nie błądzę. Lata błądzenia dały pewność, błąkanie się wskazało prawdę – że nigdy nie dowiem się czy droga którą idę, i którą w ogóle bym nie szła – jest dobra. Moja duchowość oparta na samych wątpliwościach i niewiadomych. Człowiek potrzebuje dużo czasu by dojść do pewności, nawet jeśli ta pewność oparta jest na niepewności, nawet jeśli jego pewność jest ciągłą niepewnością.

W związku z tymi świętami chciałabym życzyć Wierzącym: Siły na znak tej siły, która pozwoliła ich bogu kolejny raz zmartwychwstać w ich sercach. Niewierzącym życzę Siły płynącej ze spokoju i relaksu w rodzinnym gronie. Miłości – wierzącym na znak miłości ich boga, który za nich umarł przecież. Niewierzącym - na znak miłości jaką ich bliscy, siedzący z nimi razem przy wielkanocnym stole, ich darzą. Niech te święta – symbol odradzającego się życia - ta wiosna, która budzi to życie dadzą nam poczucie następnej szansy, którą mamy na wyciągnięcie ręki.

Skorzystajmy.

A po latach człowiek się dziwi, że tyle przeszedł, że w końcu dorósł, wydoroślał, dojrzał.... I wydaje mu się, że nawet zmądrzał ;)

Dorosła

upadłam
a upadek mój dojrzał we mnie
i ja dojrzałam w upadku

upadlam a to już nie bolało
jak samo upadanie

nie ma drżenia z niepewności ani strachu
dno jest bezpieczne
jak kaftan w psychiatryku
białe ściany są czarne nocą
a noc jest wszędzie

upadłam
poczułam że wzrastam w upadku
upadek mój wyrósł ze mnie
ja wyrosłam z nim

upadłam i teraz jestem
dorosła


Pozdrawiam

21:39, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 kwietnia 2011

 

Co mnie podkusiło do pisania po raz kolejny? Do uzewnętrzniania się aż do przesady, aż do granic skłonności do ekstrawertyzmu i ekshibicjonizmu? To mnie skusiło. Takie małe wewnętrzne licho, co nie śpi zamiast spać, w nocy, kiedy jest ciemno. I budziło mnie, i kazało: „pisz”. Więc piszę. Ono na to: „mało”. Więc stukam w klawiaturę coraz mocniej, szybciej i mocniej i bardziej, i oddycham głęboko i słucham, i słyszę ciszę... Uff... ulga. Licho ma się lepiej. Ja też.


Dzisiaj o czym mam mówić? O tym, że jestem kobietą, która jak każda dba by mieć w szafie pełno i mówi, że nie ma co na siebie włożyć, która jak każda chce mieć gładkie nogi, błyszczące oczy i coś tam jeszcze... Mam rzucić stereotypami czy może ciskać gromy jak jakaś emancypantka-furiatka? Nie.


Siedzę w rodzinnym domu, oczekuję katolickich świąt, żeby sobie dzięki tej przerwie odetchnąć a zarazem ogarnąć wszystkie ważne sprawy. Kwestią jest jednak, najbardziej palącą:


być czy mieć?


Dziwiłam się wiele razy, właśnie kobietom, że wiążą się z kimś nie z miłości, wiążą się bo wiedzą, że ta druga strona zapewni im byt, dobre życie, że będą sobie mogły pozwolić na dziecko i na kino i na wymarzone szpilki szpilki. I myślałam: jak można tracić wolność? Odrzucać jakieś swoje właśnie ideologie, swoją niezależność, jak można pozwolić na tyle facetowi etc... Lepiej być samym niż z kimś tam...


Tak myślałam, byłam fascynatką ideologii, swoich własnych filozofii, zależna byłam od kultu jednostki. A dziś już wiem, człowiekowi potrzeba drugiego człowieka. I żeby człowiek mógł rozwijać swoje „być” musi najpierw „mieć”, bo bez „mieć” nie będzie miał jak rozwijać swojego „być”. Wiem to dziś, po tygodniach kiedy byłam zdana bardziej na siebie niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy zauważyłam, ze dusza nie oddziela się od ciała i że jeść coś trzeba, ba nawet dużo i trzeba mieć gdzie spać i w co się ubrać.

Dziś już wiem, że żeby móc istnieć najpierw trzeba wybrać, wybrać co stracić. Trzeba umniejszyć swój idealizm, stać się bardziej przyziemnym. Szkoda tylko, że potępia się materializm nawet w łagodnych formach, uważając samego siebie za kogoś ponadto. Niestety człowiek to nie sama dusza i umysł. Człowiek musi jeść – i mówię o tym ja, średnio najedzona studentka:)


Tylko co gorsze ginąć za ideę czy sprzedać się i swoją ideę by żyć? Mam wrażenie, że żyjąc podejmujemy wybory jedynie: od czego się uniezależniamy, żeby móc się uzależnić od czegoś innego. Nie ma prawdziwej wolności, to fikcja. Jesteśmy my, potrzebujący setki rzeczy, spraw, ludzi. Jesteśmy istotą wiążącą z sobą najróżniejsze różności, tworzymy całą masę powiązań. Jesteśmy samym środkiem pajęczej sieci. Tylko od nas zależy jaka ta sieć będzie i ile much zjemy na kolację. Wszystko zależy na ile potrafimy cokolwiek omotać.

 

No ale nie popadajmy w skrajności, jak to mój uduchowiony przyjaciel ostatnio powiedział: „żyjmy szukając złotego środka”.


Pozdrawiam

 

21:24, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 kwietnia 2011

Mój pierwszy wpis na nowym blogu. I co napisać w pierwszych słowach?

O tym, że jestem kobietą? A może o tym, że studiuję psychologię?

No cóż, prawda jest taka, że jak prawie każdy, kto ukończy ten kierunek ma przywilej bycia "przyjacielem za pieniądze". Jakie to piękne pomagać ludziom, za pieniądze. Tak i ja, będę miło się uśmiechać po skończeniu studiów. Studiów, które wydawało by się, ze są interesujące, podczas gdy wymagają tylko zakucia, przedarcia się przez stosy podręczników. Tylko czymże są te wszystkie mądre książki w stosunku do ludzi? I nie mówię tu o osobach naprawdę chorych, ale o zwyklych prostych ludziach potrzebujących choć odrobiny zrozumiania, a którym serwuje się zaburzenie, teorie i terapię zamiast odrobiny zrozumienia.

Człowiek czasami traci całą motywację do tego co robi kiedy widzi to wyraźniej. Masa fanatyków czytających Charaktery a do tego kompletu dodane przypadkowe elementy, które za bardzo nie wiedzą co na kierunku robią, ale wiedzą, że rodzinny biznes trzeba przejąć, ewentualnie zdepresjonowane-schizofreniczne-nerwicowe jednostki, które prędzej wpędzą w zaburzenia niż je wyleczą... Czarnowidztwo - tak to piekna zaleta. Trzeba sobie pomarudzić. Człowiekowi od razu lżej na duszy jak wymieni wszystkie drażniące go rzeczy i skrytykuje wszystko to, co widzi:) Narzekanie - najlepsza terapia, najlepiej grupowa :)

I taka jest właśnie moja dusza, która zamierzam odsłonić na tym blogu.

Dziękuję tym, którzy zachęcili mnie do ponownego prowadzenia bloga do pisania.

A na koniec wiersz, napisany kiedyś na wykładzie:

 

Znikanie z neuronami


tak pięknie że aż sennie
w ciepłej mgle moczę stopy
i więdnę

dusza mi się
nie rusza więc nie żyje
po szyję się topię
i gniję

słowo staje się
ciałem unoszę się w świetle
na wietrze
nigdzie się już nie spieszę
bo blednę

Jak widać studia sprzyjają twórczości,

pozdrawiam:)

00:03, obywatelka-wszechswiata
Link Komentarze (3) »